Data publikacji:

Kosmetyki dla dzieci - czy pod pięknym zapachem kryje się groźna chemia? 

W kwestii kosmetyków rodzice wydają się  dzielić na dwie grupy: tych, co kupują najlepsze, markowe produkty i  nie liczą pieniędzy, jakie na nie wydają oraz na tych, którzy uważają, że kosmetyki dla dzieci trują i trzeba ich unikać jak ognia. Nie chcąc popadać w skrajności, razem z dr Dorotą Rutkowską poprzyglądamy się etykietom kosmetyków i wyjaśnimy co kryje piękne opakowanie.

Czy kosmetyki w ogóle są w pielęgnacji potrzebne?

Przyznam się: gdy urodził się Starszak, należałam do pierwszej grupy ( inna rzecz, że drugiej wtedy nie było, ale przypuszczam, że nawet gdyby była, jako młoda mama chciałabym chyba wydać sporo na „dobre rzeczy” dla mojego dziecka). Wprawdzie wyboru specjalnego nie miałam, ponieważ na sklepowych półkach i w niektórych aptekach dostępne były wyłącznie dwie marki. Jedna była zdominowana przez kolor niebieski, a druga przez różowy. Była jeszcze trzecia, polska, którą pewnie stosowali moi rodzice, ale wówczas uchodziła właśnie za przeżytek. 

Tak jak teraz rodzice dzielą się dziś na tych, co zamiast pudru wolą mąkę ziemniaczaną oraz na tych, którzy za oliwkę do skóry pewnej marki płacą 150 zł, tak wtedy raczej się dzielili na tych, którzy stosują kosmetyki w niebieskich pudełkach i tych, co wolą różowe. Oczywiście nikt wówczas nie czytał etykiet, a nawet gdyby to ich nie rozumiał, a dr Google, który wytłumaczyłby wszystko, jeszcze się wtedy nie narodził. Zatem argumenty w dyskusji sprowadzały się głównie do zapachu, tego czy uczula, czy też nie uczula i to chyba koniec argumentów. 
Pamiętam swoje wielkie zdziwienie, gdy urodził się Młody, a położna, która nas w ramach wizyty odwiedziła, zasugerowała, by cały ten kolorowy i pachnący asortyment wyrzucić, bo generalnie dziecko kosmetyków nie potrzebuje, a czysta skóra  obroni się sama. Słowem powrót do szarego mydła, ziemniaczanej mąki i ewentualnie oliwki starej, polskiej marki.

Naprawdę nie wiem, co wówczas mnie przekonało do tej opinii, ale zastosowałam się do niej w całości. I nigdy nie rozczarowałam. Młody ma piękną skórę do dziś. Nigdy nie miał podrażnień, przesuszeń, wysypek, a ja chwaliłam się zawsze jego pięknym jak aksamit ciałem i faktem, że na tę pielęgnację wydaję grosze.

Na szczęście nie straciłam głowy kompletnie i mam świadomość, że piękna skóra, to w ogromnej mierze zasługa DNA. Ale dotarło do mnie jak wiele rzeczy, które wcieramy w skórę niemowlaka, jest często zupełnie niepotrzebnych, a naczelnym zadaniem ich producentów jest sprzedaż, więc nie dziwmy się, że niebawem na sklepowych bejbi półkach pojawi się żel na zdrowe paznokcie dla noworodka, czy też szampon do włosów ciemnych lub blond.
Pamiętam swoje wielkie zdziwienie, gdy urodził się Młody, a położna, która nas w ramach wizyty odwiedziła, zasugerowała, by cały ten kolorowy i pachnący asortyment wyrzucić, bo generalnie dziecko kosmetyków nie potrzebuje, a czysta skóra  obroni się sama. Słowem powrót do szarego mydła, ziemniaczanej mąki i ewentualnie oliwki starej, polskiej marki.

Naprawdę nie wiem, co wówczas mnie przekonało do tej opinii, ale zastosowałam się do niej w całości. I nigdy nie rozczarowałam. Młody ma piękną skórę do dziś. Nigdy nie miał podrażnień, przesuszeń, wysypek, a ja chwaliłam się zawsze jego pięknym jak aksamit ciałem i faktem, że na tę pielęgnację wydaję grosze. Na szczęście nie straciłam głowy kompletnie i mam świadomość, że piękna skóra, to w ogromnej mierze zasługa DNA. Ale dotarło do mnie jak wiele rzeczy, które wcieramy w skórę niemowlaka, jest często zupełnie niepotrzebnych, a naczelnym zadaniem ich producentów jest sprzedaż, kasa, zarobek, więc nie dziwmy się, że niebawem na sklepowych bejbi półkach pojawi się żel na zdrowe paznokcie dla noworodka, czy też szampon do włosów ciemnych lub blond. 

Czytajmy etykiety

Świadomość, że producent ma zarabiać, tym bardziej nie powinna nas zwalniać od tego by czytać, co na opakowaniu jest napisane, zwłaszcza, że narzędzi do odszyfrowania tajemniczych skrótów i nazw, wirtualny świat oferuje nam więcej niż producenci swoich kosmetyków.

Zacznijmy od tego czego absolutnie nie czytać. Tego, co największym drukiem i najpiękniejszą czcionką. Tego, co pod najpiękniejszym zdjęciem dziecka. Nie czytamy haseł, sloganów i tego, co najłatwiej wpada nam w oko. Porzucamy informację o tym, że: najlepiej wygładza, likwiduje przesuszenia, poprawia jakość skóry, likwiduje wysypkę, a na slogany typu: skóra jak aksamit w ogóle nie zwracamy uwagi. Interesuje nas bowiem wyłącznie to, co jest z drugiej strony butelki czy pudełeczka, w jej najbardziej skrytym miejscu. I to, co najmniej wyraźnie napisane, bardzo drobnym drukiem (czasem tak drobnym, że trzeba zrobić zdjęcie, bo przeczytać się da dopiero po powiększeniu w telefonie) . 

Zwróćcie uwagę, w jakiej kolejności producent podaje składniki, których użył do kremu czy balsamu. Kolejność nie jest przypadkowa. Przeciwnie: wynika z ilości danego składnika. Jeśli woda jest składnikiem pierwszym, to znaczy, że jest jej najwięcej. Kupując więc balsam z modnym ostatnio mlekiem kokosowym, sprawdź, w którym miejscu producent to mleko umieścił. Jeśli na końcu, może to oznaczać, że kokos bardziej w tym wypadku pachnie niż działa, bo jego ilości są śladowe. 

Przeanalizujmy z dr Dorotą Rutkowską najważniejsze składniki, które znajdują się w kosmetykach: 

Woda

Warto zwrócić uwagę na to, jaką ilość wody zawiera składnik. Trzeba pamiętać o tym, że woda jest najtańszym komponentem. Stosowana od zewnątrz ma działanie wysuszające skórę. Im jest jej więcej, tym kosmetyk będzie silniej przesuszał skórę. 

Parafina

Wydaje się bezpieczna i obojętna dla organizmu człowieka.  Jednak nie można zapominać o tym, że jest to substancja, która pochodzi z destylacji ropy naftowej. Już sam ten fakt powinien zapalać w głowie rodziców czerwoną lampkę. Ponadto parafina jest tania, zatem chętnie stosowana przez producentów i może być obecna w bardzo wielu liniach kosmetycznych. Jest wygodna w stosowaniu, daje poślizg i wrażenie aksamitnej skóry po zastosowaniu, jednak w rzeczywistości nie przepuszcza powietrza, tworzy na skórze skorupę i może powodować  wysypki i zaskórniki. 

Parabeny

To są syntetyczne konserwanty, które chronią kosmetyk przed rozwojem grzybów. Konserwanty są potrzebne w kosmetykach, ale parabeny są niezwykle toksyczne i uczulają na inne substancje. Warto zwrócić uwagę na fakt, jak producenci świetnie poradzili sobie ze złą prasą parabenów, umieszczając na opakowaniach informację, że kosmetyk ich nie zawiera, c ma nam podpowiadać, że jest zdrowy, i w ogóle najlepszy! Świetnie, ale pamiętajmy, że jeśli nie zawiera parabenów, z pewnością zawiera inny konserwant i warto na etykiecie sprawdzić jaki.

Enigmatyczne nazwy

Czytając etykietę, może być tak , że poza wodą i parafiną nie rozumiemy niczego. Nazwy, które się tam pojawiają brzmią z łacińska i trudno na szybko odszyfrować, jakie znaczenie za nimi stoi. Kto wie, może producenci specjalnie stosują taki zabieg, zawoalowując zrozumiałe treści. I już sama ta wątpliwość powinna nas dystansować od kupna takiego produktu. Im więcej niezrozumiałych treści, tym szybciej powinniśmy odłożyć na półkę.

Liczy się ilość

Zasada jest taka, że im mniej składników ma kosmetyk, tym jest zdrowszy dla naszego ciała. Idealnie jest wtedy, gdy wszystkie składniki są naturalne, a kosmetyk da się…zjeść. Ale takie możemy wyprodukować raczej tylko we własnej kuchni. Jeśli kupujemy w sklepach, musimy się liczyć z tym, że będą zawierać syntetyczne składniki. Ważne, by wszystkich razem nie było ich więcej niż 10. Jeśli ta liczba jest przekroczona, kosmetyk nie powinien być stosowany nawet incydentalnie. Najlepiej poszukiwać takich, które mają 3-5 składników. 

Skutki syntetyków

Ktoś mógłby jednak powiedzieć: „wszystkie moje dzieci stosowały popularne kosmetyki i nic im nie jest”. Zgoda, tyle, że wielu chorób nie jesteśmy w stanie zidentyfikować z używaniem kosmetyków, które miały takie a nie inne składniki. A tymczasem większość alergenów ma krzyżowe reakcje i po latach może się okazać, że uczulenie , które pojawiło się na skórze, może potem przekształcać się w alergie pokarmowe czy astmę. Oczywiście nikt potem tego nie będzie w stanie udowodnić. Jednak skoro badania wyraźnie takie związki pokazują, to - zwłaszcza w przypadku dzieci - warto dmuchać na zimne. 

Autorka: Katarzyna Berg